Life by You
KULTURA

Śmierć dziennikarstwa?

Chyba tak.

   napisała Plain Jane  2017 (2015)

Śmierć dziennikarstwa?

Chyba tak.

Dziennikarstwo umarło w Stanach i umrze też w Polsce. Możemy zacząć odliczać dni. Będzie to krótka, ale dosyć bolesna śmierć z nieodwracalnymi i negatywnymi skutkami dla naszej kultury.

Nie ma odwrotu.

Dlaczego tak myślę?

Jak państwo wiece, mieszkam w Stanach. Mówię to nie żeby się pochwalić, ale żeby zaznaczyć że trzymam rękę na pulsie. Czy nam się to podoba czy nie, trendy które mają początek w Stanach opanowują cały świat swoimi mackami jak u ośmiornicy.

Przykład:

Tygodnik Newsweek zbankrutował w Ameryce. Szkoda, bo lubilam go czytać. Artykuły pisane dobrym językiem, były na ciekawe i poważne tematy.

Tematy za poważne i język za trudny dla przeciętnego grubasa przykutego do telewizora, ogladającego mecze i jedzącego hamburgery zrobione z jelit i i innych krowich wnętrzości.

Newsweek zbankrutował.

Gdy odwiedziłam polską sferę internetową byłam bardzo zdziwiona gdy natknęłam się na Newsweek`a. „Aha, splajtowali w Ameryce więc teraz chcą zarabiać pieniądze na Polakach” – taka była moja pierwsza myśl. „Na kraju, który jest na wyższym poziomie intelektualnym niż Ameryka, ale o wiele biedniejszym gospodarczo”.

Co zabiło Newsweek`a w Ameryce?

Oprócz tego niewykształconego kibica-grubasa z gębą pełną hamburgerów zrobionych ze wspomnianych jelit i krowich wnętrzości, jest jeszcze jeden czynnik. Jest nim pojawienie się w internecie zdegenerowanej dziennikarszczyzny, która jest przewrotnie nazywana „dziennikarstwem obywatelskim” albo „społecznym”, oraz tzw. młynów artykułów (o czym za chwilę). Te dwa zaistniena kulturowe bardzo często występują razem, jak bliźniaki syjamskie.

Czy demokracja nas zabija?

Internet to wpaniała rzecz, która umożliwiła zwykłemu człowiekowi z małymi funduszami konkurować z dużymi firmami wydawniczymi. Inaczej – demokracja w praktyce. I chociaż brzmi to wspaniale, skutki tej demokracji są szkodliwe, ponieważ w każdym kraju jest więcej gawedzi niż ludzi prezentujących wysoki poziom umysłowy. A gawedź lubi rzeczy „gawedziowe”. Kiedy gawedź się dorwie do władzy, to „gawedziowe” będzie wszystko. Jest to nieuniknione.

Publikacje utrzymują się z reklam. Żeby utrzymać się przy życiu, publikacja musi dostarczyć czytelników dla reklamodawcy. Po angielsku, krytycy zjawiska „czytelnik dla reklamodawcy” wyrażają się mniej elegancko i zamiast „czytelników” w tym wypadku używają słowa „eyeballs”, czyli „gałki oczne”. Gałki oczne, bo gawedź nie czyta tylko się gapi. Gawedź nie potrzebuje tekstów dobrych jakościowo.

Portal Yahoo szybko rozpoznał że gawedź rządzi i jako z pierwszych zaczął zatrudniać za grosze „dziennikarzy” z Indii do pisana artykułów na swojej sieci. Komentarze pod „artykułami” z Yahoo są pełne wykrzykników: „Kto to pisze te artykuły?!”, „Czy oni w ogóle umieją pisać po angielsku?!” itp.

Czy Yahoo się tym przejmuje? Skądże. Oszczędzają masę pieniędzy na artykułach pisanych złym językiem, a gawedź i tak do Yahoo przyjdzie.

Effekt jest taki, że dzisiaj bardzo trudno dostać pracę dziennikarza w Stanach, Kanadzie lub Australii. Amerykańskie firmy mediowe płacą 0.0025 centa (co dzisiaj, 3.01.17, jest jeden grosz) za słowo artykułu Hindusom, wobec tego wolą zatrudnić Hindusa zamiast Amerykanina.

Praktyka ta jest dobra dla firm, bo przynosi im profit, ale nie dla dziennikarzy. Stawki dla amerykańskich dzienikarzy drastycznie się obniżyły. Dzisiaj 5 dolarów za artykuł na 2000 słów to norma. Już 10 dolarów za taką samą ilość słów jest uważane za bardzo dobrą zapłatę.

Oczywiście dla kogoś kto pisze z Indii, gdzie minimalne wynagrodzenie wynosi około $240 miesięcznie i jest duże bezrobocie, praca dla Yahoo jest atrakcyjna.

Dyplom dziennikarski wkrótce będzie mniej warty niż papier na którym jest wydrukowany

No dobrze, ale my w Polsce nie mamy się czym martwić. Na szczęście, w Indiach nikt języka polskiego nie zna, więc nie mamy konkurecji.

To prawda – dziennikarze w Polsce nie muszą się obawiać konkurencji z Indii, ale muszą mieć baczenie na konkurencję z młynów artykułów, które na teren Polski już dotarły.

Co to są młyny artykułów?

Wyrażenie „młyny” pojawiło się w Stanach, kiedy sprytni przedsiębiorcy otworzyli szkoły policealne dające dyplom każdemu kto tylko się zapisał i zapłacił czesne, tzw młyny dyplomów. Wtedy przyjęła się nazwa „młyny”, aby być używaną do określania podobnych przedsięwzieć – w których coś jest przemielane w masowej ilości, i o żadnej albo niskiej wartości intelektualnej. Po polsku może lepiej brzmi „drukarka do dyplomów”, albo „fabryka dyplomów”.

Młyny artykułów działają na tej samej zasadzie. Te firmy zatrudniają dużą liczbę autorów zewnętrznych (po angielsku „freelancer”, osoba nie zatrudniona przez firmę, wolny strzelec) do generowania dużych ilości tekstów, tekstów których zadaniem było zaspokoić algorytmy wyszukiwarek google albo yahoo i wydostania się na górę strony wyszukiwarki. Głównym celem tych firm jest generowanie przychodów z reklam poprzez przyciąganie odsłon czytników i generowania zabójczych fortun dla właścicieli tych młynów.

Oczywiście młyny artykułów nie nazywają siebe w ten sposób. Ta nazwa ma negatywne znaczenie i została im nadana przez krytyków. Oni się nazwali „dziennikarstwem społecznym”.

Dziennikarstwo społeczne

Dziennikarstwo społeczne miało być rewolucyjnym konceptem pod tytułem „demokracja dla wszystkich i precz z kapitalistami”. Owe firmy proponują: zapisz się na nasz portal (wykształcenie nie potrzebne), pisz artykuły, a my będziemy ci płacić od ich popularności. Nagle mały Józio znikąd mógł znaleźć się na równi z wielkimi nazwiskami z The New York Times.

Tysiące osób zapisało się na rewolucję.

Firmy, które „zatrudniały” dziennikarzy społecznych, i które się okazały młynami artykułów, stały się bardzo popularne w Stanach około roku 2006. Już rok 2011 był szczytowy jeżeli chodzi o zarobki. Oczywiście nie dla autorów, a dla właścicieli młynów. Jednym z przykładów finansowego sukcesu to Demand Media. Produkowali tysiące artykułów, gawedź przychodziła, a właściciel młynu zarabiał fortunę. W roku 2011, Demand Media było więcęj warte na giełdzie niż sławna gazeta The New York Times, która wygrała 117 nagród Pulitzera.

Frajda trwałaby długo gdyby Google się nie połapało i nie zaczęło ich blokować w swojej wyszukiwarce. Zablokowane przez Google Demand Media straciło wiele „gałek ocznych”. W roku 2013 założyciel i prezes spółki wycofał się z imprezy – jednak ze śmiechem na ustach, ponieważ miał kieszenie pełne milionów ze sprzedaży akcji.

Ile autor artykułu mógł zarobić na tych młynach?

Mniej niż 25 centów (1 zł) za trzy godziny pracy.

Dlaczego Amerykanie pracowali dla młynów artykułów za głodowe stawki?

Odpowiedź jest prosta. W Stanach studia dziennikarskie i filologie języków ciągle produkują rzesze absolwentów, które potrzebują zatrudnienia. Ile osób może zatrudnić The New York Times? Niewiele. A ci którzy już tam trafią w większości są zatrudnieni po znajomości.

Żeby dostać się do The New York Times bez pomocy bogatego wujka zajmującego wysokie stanowisko, trzeba by mieć już jakąś karierę i rozpoznawalne nazwisko. Gazeta tego typu nie przyjmuje absolwentów. Ponieważ internet zniszczył małe lokane gazety, które w przeszłości zatrudniały młodych ludzi, skierowali się oni do młynów artykułów z nadzieją, że wyrobią sobie nazwisko i ewentualnie dostaną lepszą pracę gdzieś indziej, może nawet w The New York Times.

Nagle mały Józio znikąd mógł znaleźć się na równi z wielkimi nazwiskami z The New York Times.

W Stanach, gdzie np. w Nowym Yorku wynajęcie pokoju bez kuchni i łazienki, ale za to z karaluchami kosztuje 500 dolarów nikt się nie może utrzymać z takich stawek, więc aspirujący dziennikarze oraz ci którzy stracili pracę w mniejszych publikacjach pracują jako kelnerzy. Piszą w nocy.

Demand Media to tylko jeden z przykładów, a jest ich wiele. Niektóre młyny zbankrutowały, inne znalazły się w sądzie za niepłacenie wynagrodzeń, jeszcze inne przeniosły się do Polski i Europy Wschodniej.


Młyny Artykułów w Polsce

Nie śledzę młynów w Polsce, więc może jest ich więcej niż te dwa które zauważyłam. Są to Blasting News (pl.blastingnews.com) i Perepele (perepele.pl). Blasting News należy do kilku cwaniakὀw ze Szwajcarii (co nie oznacza że są Szwajcarami); do kogo należy Perepele – nie wiem.

Oba młyny działają na tej samej zasadzie: załóż konto, zacznij pisać, wyraź się kreatywnie, zarabiaj.

Blasting News, co oznacza „Wybuchowe Wiadomości” albo „Aktualności” tak pisze o sobie:

Jesteśmy w pełni niezależnym magazynem opartym na zasadach dziennikarstwa społecznego i jesteśmy zasilani przez głosy tysięcy ludzi, zwanych Blasters („Wybuchowi” albo „Wybuchowcy”). Wybuchowe Aktualności mają ambitny plan: chcemy ulepszyć nasz świat, dając każdemu możliwość dzielenia się pomysłami z globalną publicznością i uprawiać niezależną informacje.

Brzmi świetnie, prawda? Brakuje nam tutaj tylko Lenina przemawiającego wybuchowym głosem do tłumów.

A Perepele pisze:

Perepele to miejsce, gdzie możesz publikować nowe teksty często lub tylko od święta, bez przywiązania jak to jest w przypadku prowadzenia bloga. Znajdziesz tu wszystkie zasoby, które pomogą Ci tworzyć lepsze artykuły, zbudować grono oddanych czytelników i dzięki programowi partnerskiemu zarabiać na swojej kreatywności.

Jak widać Perepele jest mniej ambitne społecznie. Nie chcą ulepszać świata. Chcą ci tylko pomóc się wypowiedzieć.

W Stanach Blasting News się spaliło. Gdy ich niedawno odwiedziłam mieli 6 aktywnych Wybuchowców w kraju liczącym ponad 300 mln meszkańców.

Jak to się stało?

Otóż kilka lat temu, Blasting News wpadło w kłopoty. O ile pamiętam nie płaciło Wybuchowcom, co skończyło się sprawą sadową i wielką kłótnią z Google, które odcięło je z wyszukiwarki i zamknęło mu konto. Gdy chciałam sprawdzić tę historię żeby nie pisać z pamięci okazało się – o dziwo – że wszystkie artykuły na ten temat wyparowały z internetu. Natomiast Wybuchowe Wiadomości pojawiają się w wyszukiwarce Google i noszą reklamy Google na swoich stronach. Musieli więc dojść do jakiegoś porozumienia – prawdopodobnie Google dostał kawałek tej firmy. Innego wytłumaczenia nie mam.

W angielskim artykule napisanym o nowym rodzaju społecznego dziennikarstwa i reklamującym Wybuchowe Wiadomości, ta firma oświadcza, że Wybuchowiec może zarobić 150 euro za artykuł. W czerwcu 2015 roku ta kwota po przeliczeniu wynosiła około 170 dolarów. Jest to dużo pieniędzy, nawet w Angli czy Ameryce. W takim razie, gdybym napisała dla nich 10 artykułów miesięcznie, zarobiłabym 1700 dolarów.

Cudownie.

Praca bajka.

Chyba zwolnię się z mojej pracy i zacznę wybuchać.

Ale czy rzeczywiście tyle płacą?

Oczywiście jest to niemożliwe. Wybuchowe Wiadomości chełpi się że ma 328,574 Wybuchowców w 34 krajach, a to z kolei to znaczy, że gdyby dzisiaj zapłacili każdemu tylko za jeden artykuł musieli by mieć $55,857,580 w banku. Takich pieniędzy nie mają. Takich pieniędzy leżących na stole nie ma nikt. Nawet gdyby zapłacili tylko jednego dolara za artykuł to musieli by mieć 328,574 dolarów dziennie. To też niemożliwe.

Na polskiej wersji swojej strony są trochę mniej fałszywi bo nie obiecują 150 euro za artykuł. Piszą: „zarabiaj aż do 150 euro”. Co oznacza że możesz równie dobrze zarobić nic, albo prawie nic. Świerzbiło mnie żeby się do nich przyłączyć i poszperać, ale to wymaga czasu którego nie mam. Może za to dowiemy się co tam się dzieje od osób które tam piszą?

Bez względu na to jak młyny się reklamują, w Stanach od początku były nastawione na autorkę, która jest typową gospodynią domową, chcącą zarobić dodatkowo maksymalnie 50 dolarów miesięcznie, aby móc pójść z mężem na obiad do restauracji. To nigdy nie był model na stały i adekwatny zarobek.

Czy autorzy zarabiają 50 dolarów miesięcznie?

NIE. Przerażająca większość nie zarabia NIC.

NIC.

ZERO.

Niektórzy zarabiają około 25 dolarów miesięcznie. Fora internetowe są pełne komentarzy od „dziennikarzy społecznych”, którzy się dali nabrać. Przytaczam jedną:

Pracowałem dla nich przez sześć miesięcy i nigdy nie dostałem wypłaty. Złożyłem wszystkie dokumenty ale nie otrzymałem zwrotnego telefonu ani nawet e-maila.

Młyny artykułów obiecywały dla autorów zarobki bez granic. „Im popularniejszy Twój artykuł, tym więcej zarobisz” – głosili, co doprowadziło do setek milionów spamów na różnych forach, a w rezultacie do śmierci zawodu dziennikarza i reportera. Tysiące dziennikarzy „młynników” reklamowało swoje artykuły spamując gdzie popadnie: kliknij tutaj, odwiedź mnie, obserwacja za obserwację. Wszystko to na darmo, ponieważ Google posiada program który węszy i sprawdza skąd przychodzą kliknięcia. To zdegradowało młyny i właśnie dlatego tak wiele z nich już nie istnieje.

Ci „młynnicy”, którzy przetrwali zajęli się sensacją z dna jelita grubego.

Perepele i zawartość jelita grubego

Ci którzy zrezygnowali z pisania dla młynów mówią że bardzo trudno jest się z nich wyrwać. Młyn działa na tej samej zasadzie co koło dla chomika. Aspirujący dziennikarz wchodzi na to koło z entuzjazmem, jednak szybko traci horyzont i jedyne co wie to to, że musi napisać następny artykuł i pchać koło do przodu.


Jeden z dziennikarzy społecznych napisał taki komentarz:

Zarobiłem 25 dolarów za cztery miesiące pracy. Miałem też do czynienia z innymi autorami, którzy walili takie sensacyjne śmieci, że moje dokładne, dobrze potwierdzone artykuły szybko się znalazły na samym dole strony. Pewna „dziennikarka” skopiowała moje wpisy, bardzo nieznacznie je zmieniając. Ona powszechnie kopiuje bezpośrednio z innych stron internetowych. Kiedy poinformowałem zarząd [młynu] o tym co się stało, dostałem automatyczną odpowiedź o swobodzie publikowania.

Taki format publickacji przynosi niezdrową konkurencję. Wygrywają nie te artykuły, które są wartościowe, ale te które są najbardziej sensacyjne w najgoszym tego słowa znaczeniu.

Rodzaj pisania jaki pojawia się na młynach artykułów to sensacja z dna jelita grubego. Pisarstwo z dna jelita grubego można spotkać wszędzie, nie tylko na młynach. Fakt.pl to inny dobry przykład takiego pisarstwa. Chociaż to nie młyn w rodzaju Blasting news (pl.blastingnews.com) albo Perepele, to tak jak on dostarcza masę niskej jakości artykułów, czasami nawet pornograficznych, tylko w jednym celu – przyciągnięcia „gałek ocznych”.

Perepele jest dobrym przykładem obrazującym to w jakim kierunku idziemy. Obiecuje aspirującym pisarzom, że mogą zbudować grono oddanych czytelników i dzięki programowi partnerskiemu zarabiać na swojej kreatywności. Działa to tak jak we wszystkich młynach: obiecują zapłaty od liczb wyświetleń artykułu, ale nie płacą za artykuły. Młyny mają na swoich stronach dużo artykułów za darmo.

A co przyciąga gawedź?

Nie strona Puls Historii. Ta strona z ciekawymi artykułami o historii ma tylko 121 oberwatorów na facebooku. Natomiast najpopularniejszy artykuł na Perepele to artykuł o robakach z tym zdjęciem.


Żeby zarobić na młynach trzeba mieć dużo, bardzo dużo czytelników. Oczywiście nie mówimy tutaj o prawdziwych czytelnikach; „gałki oczne” nie czytają tylko „gałkują”. Takie zdjęcie i tytuł z wykrzynikami przyciąga.

Załączyłam zdjęcie jako dowód, że czytelnicy autorki, którzy są też członkami Perepele (obserwacja za obserwację) błagają ją żeby zmieniła to okropne zdjęcie. Nie doczekają się tego bo ona chce zarobić, a to ohydne zdjęcie daje widownię.




Czy powiniśmy być źli na autorkę? Nie, bo to my sami klikami na ohydne zdjęcia. Gdyby nikt nie klikał na jej artykuł, zmieniłaby zdjęcie na miej obraźliwe.



Przygotujcie się. Macki amerykańskiej ośmiornicy demokratyzacji dziennikarstwa się na Was zaciskają. Możecie temu zapobiec odwiedzając ciekawych autorów i bojkotując artykuły wyciągnięte z jelita grubego.

Chamstwo, wulgaryzacja, degeneracja

To co widzimy to tylko początki hamstwa, wulgaryzacji i degeneracji. Będzie gorzej, bo osoby które ją teraz błagają o zmianę zdjęcia będą musiały albo przestać pisać albo się przystosować i konkurować z autorką jeszcze bardziej obraźliwymi zdjęciami i jeszcze głupszymi tytułami. Prawda jest taka, że to nie autor jest trybikiem w machinie brutalizacji kultury, ale my, którzy klikami na takie artykuły. Jeżeli większość społeczeństwa to „gałki oczne”, które klikają na zawartości jelita grubego, to taką będziemy mieć kulturę.

Jednak w porównaniu do innych artykułów na Pereperele te robaki nawet nie są takie najgorsze.

Pod spodem robaków, cała gama artykułów ocierających się o pornografię. Zobaczcie Państwo sami.

Witamy w nowym, rewolucyjnym świecie „dzienikarstwa społecznego”.

Przygotujcie się. Macki amerykańskiej ośmiornicy demokratyzacji dziennikarstwa się na Was zaciskają.

Możecie temu zapobiec odwiedzając ciekawych autorów i bojkotując artykuły wyciągnięte z jelita grubego.

Prawda jest taka, że to nie autor jest trybikiem w machinie brutalizacji kultury, ale my, którzy klikami na takie artykuły. Jeżeli większość społeczeństwa to „gałki oczne”, które klikają na zawartości jelita grubego, to taką będziemy mieć kulturę.

p.s. Ten artykuł został napisany i opublikowany w 2015 roku. Przez przypadek go skasowałam i teraz znalazłam na innym disku i publikuję go jeszce raz. Stawki są teraz lepsze dla tych poza granicami USA ponieważ dolar poszedł w gὀrę, ale w Stanach nic się nie zmieniło dla dziennikarzy a raczej jest gorzej. Rὀwnież wygląda na to, że blasting news jest teraz częścią monopoli google więc nie są niezależni jak reklamują.

 

 

 

 

NAJNOWSZE

Molestowanie polszczyzny, czyli język blogów modowych.

Life by you, czyli człowiek jest kreatorem własnego życia.

Moc kreacji, siła odwagi. Życie jest piękne, kiedy ma się na nie plan.

Bitwa modowa: Ukrainki kontra Polki

Psychologia kolorów. Na co dzień traktujemy kolor jak coś, co po prostu jest i nie zwracamy na nie większej uwagi.

Problemy z używaniem Translatora Google. Resultat jest żenujący.

Armstrong, Eastwood, Taylor & Swift -- Czyli zabawne angielskie nazwiska.

Toksyny w Kosmetykach. Czy Kosmetyki Są Toksyczne?

Terapia kolorami. Niebieski jest cudowny.